"Dziecko pod biurkiem"
Aleksandra ma 36 lat i jest architektką. Pracowała w firmach budowlanych i w biurze naczelnego architekta miasta. Ale to nie było to, co chciała robić. Sęk w tym, że nie wiedziała, co by chciała. Aż poznała swojego przyszłego męża.
Poznali się na jodze. Był o trzy lata młodszy, był instruktorem i miał marzenie: własną szkołę jogi. Przez jakiś czas tylko o tym rozmawiali. Potem - to było siedem lat temu - ona już była w ciąży, mieszkali u jej rodziców, mieszkanie było małe i on już miał tego dość. Wynajęli mieszkanie w Ursusie, a potem, tuż obok, salę gimnastyczną, w której dwa razy dziennie, o 18 i 20, organizowali sesje jogi. Aleksandra pamięta, jak chodziła z brzuchem i rozklejała plakaty. Jak organizowała koce do jogi, szyła paski, przychodziła na zajęcia i przyjmowała wpłaty. - Bartek wyznawał zasady duchowe i uważał, że nauczycielowi jogi nie przystoi zajmować się pieniędzmi. On w ogóle nie ogarnia papierków, urzędów. Trzeba mu wszystko powiedzieć, pokazać. Jak dziecku! Zawsze miałam skłonności do takich osobników. Lenka urodziła się przez cesarskie cięcie i po dwóch tygodniach Aleksandra wróciła do pracy. To znaczy do pobierania opłat. - Czyli wieczorami popylałam z Lenką, a w dzień i w nocy pisałam biznesplan naszej przyszłej prawdziwej szkoły.
Jeśli chodzi o kasę, to pomagali nam rodzice.
W końcu napisałam biznesplan, zdobyliśmy pieniądze, znaleźliśmy miejsce, zrobiłam projekt, zdobyłam pozwolenie na budowę i zaczął się remont. A jeśli chodzi o nas, to każde zamieszkało u swoich rodziców. Żeby obniżyć koszty.
Codziennie jeździłam z Lenką doglądać prac. Poza tym zarejestrowałam się jako bezrobotna, zrobiłam prawo jazdy i kurs grafika komputerowego. Przydał się przy obsługiwaniu strony internetowej. Z zajęciami ruszyliśmy w 2005 roku i nadal mieszkaliśmy u rodziców. Jechałam więc z dzieckiem z Bielan na Mokotów, odstawiałam Lenkę do teściowej i szłam do szkoły. Mąż prowadził zajęcia, a ja siedziałam w recepcji, sprzątałam. O 20 zamykałam, szłam po córkę i wracałyśmy na Bielany. Początek był bardzo stresujący. Byłam chuda jak patyk, martwiłam się długami. Brak pieniędzy na reklamę, ZUS i czynsz. A co będzie, jak nie wypali? Minęło pół roku, w szkole zrobił się ruch, mogli wynająć mieszkanie. Znaleźli je tuż nad firmą. - No i cały czas spędzałam w pracy. Co tu gadać, na wakacje pojechaliśmy dopiero dwa lata temu.
- A Lenka?
- Lenka była albo z babcią, albo ze mną. Rysowanki, komputer. O niani nie pomyślałam. Zawsze chciałam być jak najdłużej z dzieckiem. Nawet do urzędów ją zabierałam. Moim zdaniem lepiej jej z mamą w urzędzie niż z nianią w ogródku.
Jak Lenka była starsza, to odpuściłam i zaczęła więcej czasu spędzać z babcią. Bo ja jestem taka zadaniowa mama, dla mnie jordanek to nuda, a ona chciała do jordanka. Cztery lata temu Aleksandra zaszła w drugą ciążę. - Przed porodem szukałam kogoś, kto zastąpi mnie w recepcji. Nie znalazłam, więc w piątek urodziłam, a w poniedziałek zostawiłam małego z babcia i poszłam do pracy. Dobrze się czułam. No i siedzenie było dla mnie dobre. Od tej pory jej życie wyglądało mniej więcej tak: pobudka, śniadanie, z Lenką do przedszkola, a potem z Brunkiem do pracy. Sprzątanie, drzemka Brunka, zakupy, babcia, praca itd.
- W weekendy prawie zawsze zabierałam dzieci do pracy. Ludzie zaczęli się przyzwyczajać, że one im otwierają. Dzieci śliczne, miłe, kontaktowe, ludzie to lubią. Klienci zaczęli mówić: jak fajnie, jak domowo. Teraz Pracownia Dobrego Zdrowia prosperuje już na tyle dobrze, że Aleksandra z mężem zatrudnili kilku pracowników. Myślą o tym, by otworzyć kolejną szkołę. A potem kolejną. Ale na razie Aleksandra zajęła się sprzedażą mieszkań. Żeby coś się działo.
czytaj cały artykuł na stronie wyborcza.pl>>
« powrót










